Inca Kola: Ten okropny napój, który znika szybko w żołądku

Niepodzielnym królem napojów gazowanych w Peru, a właściwie królową, jest Inca Kola, która bynajmniej nie pochodzi od Inków. O tym skąd się w tym kraju wzięła i jak smakuje opowiada Kasia Kozioł. 

Kasia Kozioł

Skąd wzięła się Inca Kola? Na pewno nie od Inków. Wiąże się z nią rodzina Lindley, która w 1910 roku przybyła z Wielkiej Brytanii do Limy i w dzielnicy Rímac założyła manufakturę napojów gazowanych. Firma zaspokajała tylko lokalne potrzeby, ale interes rozkręcał się i w 1935 roku, z okazji czterystu lat od założenia Limy, do produkcji trafił napój w odcieniu intensywnej żółci, który bardzo szybko zrobił karierę w całym Peru. Główny składnik Inca Koli, nadający jej smak, to hierba luisa, czyli trawa cytrynowa. Ale pełna receptura jest objęta ścisłą tajemnicą i strzeże się ją tak samo skrzętnie, jak przepis na Coca-Colę.

Jeśli już o tej drugiej mowa, warto wiedzieć, że popularność Inca Koli, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, była tak wielka, że ten amerykański producent napojów gazowanych pozazdrościł Ince sławy i w 1996 roku kupił 49 procent udziałów w Lindley Corporation. Tym samym Inca Kola trafiła do wielkiej rodziny Coca-Coli.

Inną ciekawostką jest fakt, że Inca Kola i szkocki Irn-Bru to jedyne napoje gazowane, których sprzedaż w krajach pochodzenia przewyższa sprzedaż Coca-Coli.

Być może moja europejska dusza nie potrafi dostrzec geniuszu tego napoju, ale mnie Inca Kola smakuje jak… guma Turbo. No, może jak guma Donald. W każdym razie – jest przesłodzona i paskudna. W ciągu pół roku w Limie zdarzyło mi się ją wypić może pięć, a może sześć razy i za każdym razem gorzko tego żałowałam.

Z drugiej jednak strony, nie wiem, co w sobie takiego ma, ale po pierwszym łyku i wrażeniu z serii: „Boże, jakie to okropne!” przychodzi drugi łyk, potem trzeci i… w magiczny sposób znika zawartość całej butelki.

Peruwiańczycy darzą Inca Kolę uwielbieniem pijąc ją przy każdej okazji. Także przy posiłkach, bo ich zdaniem pasuje do wszystkiego: od ceviche, czyli surowej ryby marynowanej w soku z limonki, po chifę, czyli chińszczyznę na styl peruwiański. Nie przeszkadza im przy tym w ogóle, że obecnie większość Inca Koli produkuje się w… Chile.

Kasia Kozioł
O Kasia Kozioł 4 artykuły
Odrobinę bezczelna, genetycznie rogata dusza. Recepta na sukces? Keep smiling and go on

3 Comments

  1. Początkowo też nie mogłam znieść słodyczy tego napoju, później stopniowo co raz bardziej go pokochałam. Teraz, od kilku lat mieszkając z powrotem w Polsce zapłaciłabym krocie chociaż za małą puszkę tego napoju, a co dopiero za medio litro GIGANTE 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.