Po raz szósty główną aleją Limy przeszedł „Marsz dla życia” i zrobił to tak, że przejdzie na stałe do historii. W tej publicznej i dobrowolnej manifestacji przeciwko aborcji wzięło udział około 800 tysięcy ludzi. To 50 tysięcy więcej niż w poprzednim marszu w stolicy Peru i 150 tysięcy więcej niż w największym marszu w Stanach Zjednoczonych, który miał miejsce pięć lat temu w Waszyngtonie.

Marsz dla życia w Limie

Peruwiańczycy pobili więc rekord. Skrzykując się na marsz jedynie w internecie, ulotkami i drogą szeptaną, bo media głównego nurtu przygotowania do tego wydarzenia zbyły całkowitym milczeniem.

Nie dla aborcji, eutanazji i gender

W marszu szły wszystkie pokolenia, od wnuków po dziadków, ale najwięcej dało się zauważyć młodzieży i ludzi w średnim wieku. Było jak na stadionie piłkarskim. Głośno, kolorowo i radośnie. Nie zabrakło także wyrazistych transparentów, które zwolenników prawa do aborcji mogłyby doprowadzić do palpitacji serca. „To nie jest twoje ciało, tylko twoje dziecko”, „Nie ma prawa do zabijania, jest prawo do życia”, „Aborcja legalna czy nielegalna? Obie kończą się śmiercią” – to niektóre z haseł. Inne wyrażały sprzeciw wobec eutanazji oraz ideologii gender.

Jednak to nie skala tego wydarzenia jest najbardziej zaskakująca, lecz fakt, że doszło do niego w kraju, w którym aborcja jest… zakazana.

Aborcja jest w Peru przestępstwem

Przeciwni przerywania ciąży Peruwiańczycy są w wyjątkowej sytuacji. Nie muszą o nic walczyć, jak choćby dzieje się to w Polsce. Prawo w Peru nie dopuszcza bowiem aborcji na życzenie. Nie wolno jej dokonywać również wtedy, kiedy ciąża jest wynikiem gwałtu, ani w przypadku, gdy istnieje podejrzenie, że dziecko urodzi się chore. Jedyny wyjątek, w którym można legalnie dokonać aborcji, to zagrożenie życia lub zdrowia kobiety. Obowiązuje on od 1924 roku.

Peruwiański kodeks karny przewiduje kary więzienia za pozaprawne przerwanie ciąży. Kobieta, która zdecyduje się na to, może trafić za kratki na dwa lata. Ale życiowa praktyka jest odmienna. Jeszcze nigdy żadna kobieta nie została uwięziona w tym kraju za aborcję. Pozostałym osobom, które jej dokonują, grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

Zakaz aborcji wprowadzili Inkowie

Skąd w Peru tak bardzo nie pasujące do obecnych czasów przepisy? Zawsze takie były. Aborcji zakazali już Inkowie, którzy uważali ją za osłabianie siły państwa. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przywieźli katolicyzm, podtrzymali ten zakaz. Nie zmieniono go także w niepodległym Peru, więc tradycja przetrwała do tej pory.

I nadal będzie istnieć. Ogólne nastawienie do życia Peruwiańczyków jest tak silne, że żaden poważny polityk nie decyduje się na poruszenie tematu aborcji. Strzeliłby sobie tym w stopę. Są nawet badania, które to ilustrują. Wynika z nich, że kandydat na prezydenta kraju, który będzie postulował liberalizację przepisów aborcyjnych, może liczyć na głosy najwyżej dziesięciu procent wyborców.

Po co więc w ogóle „Marsz dla życia”? Jego organizatorzy wyjaśniają: trzeba bronić obecnego stanu, bo Peru jest na oczach świata i próby zmiany prawa będą następować. Liczą także, że tak wielkie poparcie dla ochrony dziecka, które ma się narodzić, skłoni niektóre kobiety do rezygnacji z nielegalnej aborcji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Imię