Taksówki w Limie: Kilka dobrych zasad z miejskiej dżungli

Przejazdy taksówkami w Limie doczekały się złej sławy, więc wielu podróżników rezygnuje z tego środka transportu. Szkoda, bo lepiej przyswoić sobie kilka zasad i je stosować. Pisze o nich Kasia Kozioł.

Kasia Kozioł

Na początek garść danych. Lima to oficjalnie dziesięciomilionowe miasto, po którym porusza się około milion dwieście tysięcy samochodów, w tym – uwaga – dwieście trzydzieści tysięcy taksówek! To nie żart. Kiedy idzie się ulicą, większość przejeżdżających aut to właśnie taryfy. Pomyślałby ktoś: fantastycznie. Ale jest jeszcze kilka dość istotnych szczegółów.

Po pierwsze: tylko dwie trzecie z nich to pojazdy zarejestrowane. Reszta to „krążowniki szos”, do których wsiadamy na własną odpowiedzialność. Ich oznakowanie jest różne. W tych „legalnych“, oprócz tego, że mają na dachu wyraźny znak z napisem „Taxi”, na bocznych drzwiach widnieje nazwa korporacji i numer telefonu. Te „dzikie“ natomiast rządzą się swoimi prawami. Zamiast „koguta“ mają przyklejoną na szybie naklejkę, a ich kierowcy pełnią równocześnie rolę naganiaczy. Zbliżają się powoli, uchylają okno, po czym krzyczą na całe gardło: – Taaaaaxiiii!

Po drugie: stan techniczny większości z nich pozostawia wiele do życzenia. Ile to razy przebiegał mnie dreszcz, kiedy kierowca rozklekotanego grata chciał, żebym wsiadła do środka. Wgniecenia karoserii, rozbite światła, czy ledwie trzymające się błotniki to standard. Gorzej, gdy samochód przypomina przerdzewiałą, skrzypiącą puszkę, a koła wyglądają tak, jakby trzymały się siłą woli.

Po trzecie: za taksówkarzami ciągnie się zła fama. Legendy miejskie mówią, że niektórzy współpracują z bandami, które napadają na podróżujących. Istnieje cała gama możliwych zagrożeń: od zwykłej kradzieży, przez porwanie, na zabójstwie skończywszy. Programy telewizyjne wręcz lubują się w odnotowywaniu kolejnych, najlepiej jak najbardziej spektakularnych przypadków rozbojów, przez co nakręcają spiralę strachu.

Po tym wstępie można sparafrazować klasyka: „Jak jeździć, panie premierze?“ Odpowiedź jest prosta: nie dać się zwariować i zachować ostrożność.

Przede wszystkim należy zwracać uwagę na to, jaką taksówkę się wybiera. Z góry wykluczam te niezarejestrowane i w złym stanie. Skoro jest tylu chętnych na podwiezienie mnie, mam ten luksus, że wybieram to, co mi najbardziej odpowiada. Przyglądam się także samemu kierowcy. Najlepiej, gdy jest nieco starszy. Od razu należy podziękować młodzieniaszkom oraz żigolakom w średnim wieku.

Najpierw należy zapytać o cenę i zawsze ją negocjować – choćby o symbolicznego sola! Dobrze też sprawiać wrażenie, że zna się trasę, nawet jeśli tak nie jest. Gorzej, jeśli sam taksiarz jej nie zna (co wcale nie jest takie rzadkie), wtedy też najlepiej mu od razu podziękować.

Poza tym, jeśli mamy do kogo zadzwonić, zróbmy to, opisując trasę, czas dojazdu i numer taksówki. Jeśli nie – nie zaszkodzi poudawać. Potem to już tylko wsiąść, najlepiej na siedzeniu za kierowcą, zablokować drzwi i upewnić się, że okienko jest uchylone.

Jak widać, przejazd taksówkami w Limie można traktować jak wyzwanie. Nie każdy jest w stanie odnaleźć się w tym dreszczyku emocji. Ale to część tutejszego krajobrazu, więc nie ma sensu panikować. Lepiej przyswoić sobie podstawowe zasady i je stosować.

Oczywiście zawsze można też zadzwonić po taksówkę z korporacji. Jest droższa i często trzeba długo czekać, ale za to jedzie się spokojniej.

Kasia Kozioł
O Kasia Kozioł 4 artykuły
Odrobinę bezczelna, genetycznie rogata dusza. Recepta na sukces? Keep smiling and go on

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.