Droga Śmierci: Łatwo ją przeżyć zabierając zdrowy rozsądek

Wyjazdy do Peru łączy się czasami z krótkim wypadem do sąsiedniej Boliwii, w której można zjechać po jednej z najsłynniejszych tras rowerowych na świecie. O prowadzącej do dżungli „Drodze Śmierci“ pisze Marcin Mentel.

Marcin Mentel

Rowerowy zjazd „Drogą Śmierci” w Boliwii pozostawia niezwykle pozytywne wrażenia. Zapewnia je dzika przyroda, zachwycające krajobrazy, wymagająca wysiłku przygoda i odrobina ryzyka podlana adrenaliną. Na końcu jest westchnienie ulgi, że się udało. A także zimne piwo i przekonanie, że to jeden z najlepszych dni wyprawy.

Jak to wszystko przeżyć? Trzeba zacząć od La Paz – stolicy tego sąsiadującego z Peru kraju.

Bardzo lubię La Paz. Lubię też obserwować emocje jakie towarzyszą ludziom, którzy do tego miasta wjeżdżają po raz pierwszy. Na początku panuje cisza, bo najpierw są brudne przedmieścia El Alto i pytania, gdzie nas wiezie kierowca i czy ludzie naprawdę tak żyją? Później nieśmiało klikają aparaty fotograficzne dokumentując jedno wielkie wysypisko śmieci i ruch uliczny grożący zawałem serca. W dalszej części pojawiają się kolorowo ubrane Indianki w kapeluszach i sprzedaż uliczna – wszędzie i na wszystkim. Gwar, jazgot klaksonów, chaos i uczucie lęku oraz trochę niedowierzania, że w tym wszystkim można normalnie funkcjonować. A później, kiedy wyjeżdżamy z tego „burdelu“ i stajemy na punkcie widokowym patrząc na miasto, następuje moment na który czekam. To przemiana. Jak nawrócenie. I zachwyt, bo to jedno z najpiękniej położonych miast w Ameryce Południowej.

Organizacja zjazdu rowerowego jest prosta: oferują ją niemal wszystkie agencje turystyczne w La Paz. Sprzedawana dla gringos jako „Death Road“ lub z hiszpańskiego „El Camino de la Muerte“. Większość agencji mieści się w części turystycznej miasta, koło katedry San Francisco przy Calle Sagarnaga. Wystarczy wybrać jedną z ofert nie zapominając o targowaniu. Do wyboru dostaniemy trzy rodzaje rowerów, a w pakiecie cały potrzebny sprzęt, czyli kask, rękawice, ochraniacze i strój dopasowany do sylwetki.

Przejechałem tę trasę kilkanaście razy i mam dwie pewne agencje, z których zawsze korzystam. Pewne, czyli takie, które gdy się coś złego wydarzy, pomagają. I w szpitalu, i na policji. Bez obawy mogę zostawić im poszkodowanych i zająć się resztą grupy. Bo wypadki, niestety, się zdarzają. Miałem już w grupie pęknięte żebra i sytuację wymagającą interwencji chirurgicznej. Były osoby, które na skutek wypadku musiały przerwać podróż, takie ze zwichniętym obojczykiem, czy nadgarstkiem, pozdzieranymi kolanami, łokciami i guzami na głowie. Co ciekawe, wina zawsze była po stronie uczestników, bo jazda okazała się zbyt brawurowa, albo pomylono hamulec przedni z tylnym, czy zwyczajnie nie słuchano próśb przewodnika.

Z moich obserwacji wynika, że nie ma żadnego znaczenia rodzaj sprzętu, więc można brać najtańszy. Rower ma być sprawny, zwłaszcza hamulce i musi być odzież ochronna. W agencji będą oczywiście przekonywać do najnowszych rowerów z super hamulcami za większe pieniądze i super kasków, po założeniu których możecie się zderzyć z czołgiem. Też za ekstra pieniądze. Ale prawda jest taka, że jeżeli nie macie skrzydeł jak kondory, to po wypadnięciu z drogi w czterystumetrową przepaść nic nie pomoże. Ale żeby uspokoić i zachęcić, to napiszę od razu, że trasa nie jest trudna. Wymaga tylko koncentracji i zdrowego rozsądku.

Wyjazd na zjazd zaczyna się w La Paz. Agencja podróży odbierze z hotelu około siódmej rano. Po ewentualnym śniadaniu (jeśli jest w pakiecie) wjeżdża się na przełęcz La Cumbre. To około 4.650 metrów nad poziomem morza. A potem już z górki do dżungli. Na mecie czeka basen i obiad w formie bufetu. Do stolicy wraca się tego samego dnia wieczorem.

Marcin Mentel
O Marcin Mentel 26 artykułów
Pilot wycieczek, przewodnik, podróżnik, bloger, pomysłodawca agencji trampingowej www.peruexpedicion.com. Wybierasz się do Peru, Boliwii lub Ekwadoru? Skontaktuj się z Marcinem.

1 Comment

  1. Przejechałem nią z żoną własnymi rowerami bez pośredników. Ta droga to tylko fama, nie jest trudna, są trudniejsze ale warto nią przejechać chociażby dla widoków. Już poraz drugi byłiśmy w Coroico i warto tam zatrzymać się na kilka dni. Chcę tam wrócić w przyszłym roku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.