Wikunia zdobi Andy. Gdzie pojechać na fotograficzne safari

Wikunia ma najdelikatniejszą wełnę na świecie i biega tak szybko, że znalazła się w godle Peru zanim dobiegły do niego spokrewnione z nią lama i alpaka. O andyjskich pięknościach z rodziny wielbłądowatych pisze Piotr M. Małachowski. 

Piotr M. Małachowski

Przyznaję bez bicia, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w Peru wikunię, zrobiłem to, co robi większość ludzi przyjeżdżających do tego kraju. Wziąłem ją za dziką lamę. Sam się teraz z tego śmieję, bo coś takiego jak „dzika lama“ w ogóle nie istnieje. Bez względu na to, jakie zwierzę ma się na myśli.

Od tamtego czasu wikuniami jestem nieustannie zachwycony. Ich wieczorne układanie się do snu pod świeżą warstwą śniegu w wysokich Andach zajmuje czołowe miejsce na mojej liście najpiękniejszych widoków w tym kraju. Same też są piękne. Na dodatek pełne elegancji i delikatności. Nic dziwię się więc, że to dzika wikunia, a nie udomowiona lama, czy alpaka, trafiła do peruwiańskiego godła narodowego.

A mogło jej w ogóle nie być. Jeszcze pół wieku temu populację wikunii szacowano na zaledwie pięć tysięcy sztuk. Zostały niemal wytępione, zwłaszcza w czasach hiszpańskiej kolonii. Ratunek przyszedł w ostatnim momencie. Ścisła ochrona, sztuczna relokacja i mądrze wprowadzane programy współistnienia z ludźmi spowodowały, że wikunii może być już nawet ćwierć miliona. Osiemdziesiąt procent z nich mieszka w Peru.

Ich wełna należy do najdelikatniejszych na świecie. Nawet najwyższej klasy „baby alpaca“ nie może się z nią równać. Ten, kto dotknie włókien z sierści obu tych zwierząt, od razu zrozumie różnicę. I nie zapomni jej do końca życia.

O wikuniach mógłbym opowiadać bez końca. O tym, że mierzą półtora metra wysokości i prawie metr długości. O tym, że żyją do piętnastu lat i potrafią biegać z prędkością 45 kilometrów na godzinę. O tym, że jedno stado to jedna rodzina, którą tworzy kilka lub kilkanaście samic i tylko jeden samiec. Lepiej jednak, żebym opowiedział, gdzie te zwierzęta najłatwiej spotkać.

Udający się na południe – w najbardziej popularnym kierunku turystycznym w Peru – zobaczą je w Rezerwacie Narodowym Salinas y Aguadas Blanca koło Arequipy. Wystarczy wyjechać z tego miasta w stronę Kanionu Colca lub Puno i przy odrobinie szczęścia wikunie pojawią się po obu stronach szosy.

Drugie miejsce jest trudniej dostępne, choć również znajduje się na tak zwanym „szlaku gringo“. To Rezerwat Narodowy Pampa Galeras między miastami Cuzco i Nazca. Przejeżdża się go zazwyczaj w nocy, albo też kierowca nawet nie zwalnia, tylko gna do przodu korzystając z rozległego płaskowyżu między andyjskimi serpentymi. Wielka szkoda, bo to największe skupisko wikunii na świecie. Można w nim sobie urządzić prawdziwe fotograficzne safari.

Kolejny punkt z wikunami jest… niedaleko Limy. W Rezerwacie Narodowym Junín, a właściwie obok niego, bo nie wiedzieć czemu zwierzęta te chętnie wypuszczają się poza jego granice. To również ich królestwo. Jeśli nie ma wielkich korków, można je zobaczyć już po czterech godzinach od wyjazdu ze stolicy Peru.

Nieco mniej wikunii, ale zawsze gotowych na sesje fotograficzne, jest w innych miejscach. Na przykład między miastami Jauja i Tarma, w Rezerwacie Krajobrazowym Nor Yauyos-Cochas, w wysokich partiach regionu Huancavelica, w okolicach Andahuaylas, czy w Parku Narodowym Huascarán.

Galeria z fotograficznego safari z wikuniami:

Piotr M. Małachowski

Piotr M. Małachowski

Przewodnik, podróżnik, społecznik, bloger, twórca portalu www.kochamyperu.pl, pasjonat wypraw do Peru i innych państw Ameryki Południowej. Wybierasz się w te strony? Skontaktuj się z Piotrem.

Więcej artykułów - Strona internetowa

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.