Señor de Qoyllu Rit’i. Tam lodowiec zamienia się w wodę

Señor de Qoyllu Rit’i to nieznany turystom i znany andyjskim Indianom Chrystus. Czeka pod lodowcem, w niewielkim sanktuarium z pozłacanym ołtarzem. Piotr M. Małachowski dostał do niego klucz.

Droga do Señora de Qoyllu Rit’i, czyli Pana Gwiaździstego Śniegu, zaczyna się w Mahuayani. To mała osada cztery godziny autobusem od Cuzco. Ale żaden z nich nie dociera na miejsce w odpowiednim czasie. Odpowiedni czas to szósta rano. Najlepsza pora, by dojść do sanktuarium przed prażącym słońcem i wrócić zanim rozpęta się ulewa. Dla kogoś bez samochodu pozostaje więc tylko jedno wyjście. Trzeba przyjechać dzień wcześniej i w Mahuayani przenocować.

Z Cuzco wyjechałem przed zmrokiem. Rozklekotanym autobusem pełnym Indian i Indianek mówiących w języku keczua. Jedna z nich śpiewała chcąc w ten sposób zarobić na przejazd. Cóż, Shakirą nie była. Zapłaciłem za jej bilet pod warunkiem, że do końca podróży nie otworzy ust. Uśmiechnęła się i dotrzymała umowy.

Autobus bez problemu pokonał wszystkie strome podjazdy i nawet miał sprawne hamulce na ostrych zjazdach. Kiedy dotarłem do osady, było już ciemno. Tylko niebo rozświetlały setki gwiazd. Wszystkie na wyciągnięcie ręki. To nie jest zbyt wielka przenośnia, bo Mahuayani leży na wysokości czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.

W osadzie znalazłem kilka szyldów z napisem „hostel“ lub „gospoda“. Nikt jednak nie chciał mnie wpuścić. Nawet nie wyjrzał przez okno. Na moje pukanie odpowiedziała dopiero stara Indianka w domku na końcu wsi. To u niej znalazłem gościnę.

W ciemnym pokoju na piętrze były dwa łóżka i jedno krzesło. Drewniana podłoga skrzypiała za każdym krokiem, ale hałas łagodziła wykładzina. To ona zaskoczyła mnie najbardziej. Do skromnych, andyjskich warunków jestem przyzwyczajony. Nie jestem jednak przyzwyczajony do wykładziny w chatce na końcu świata.

– Ta czarownica naoglądała się za dużo telewizji – pomyślałem w żartach o gospodyni.

Ale nie było mi do śmiechu, bo w pokoju panowała lodowata temperatura. Włożyłem na siebie wszystko, co miałem w plecaku. Pod zimową czapkę upchałem mały ręcznik, a stopy owinąłem znalezioną w autobusie gazetą. Drzwi nie miały ani klamki, ani zamka, więc zastawiłem je krzesłem. I szybko wskoczyłem do łóżka.

Z sąsiedniego podebrałem dwa koce i leżąc pod czterema próbowałem zasnąć. Nic z tego. Było mi nie tylko zimno, ale także źle. Bardzo źle. Nie mogłem złapać powietrza.

Uspokoiłem się i wyrównałem oddech wyobrażając sobie gwiazdy, od których dzielił mnie tylko dach. Pomogło. W jednej chwili zrobiło się ciepło. Zasnąłem jak małe dziecko.

Śniło mi się, że przez zamknięte drzwi przenikają do mnie dusze moich bliskich. Nie tylko tych, którzy zmarli, ale także żyjących, za którymi tęsknię. To było jak harcerskie spotkanie przy ognisku. Przy czym to ja byłem tym ogniskiem.

Nagle ciepło przestało istnieć, a goście czmychnęli ze snu bez słowa. Znów pojawił się chłód. Stał za drzwiami.

Nie pochodził z tego świata. Tak mi się wydaje. Już sama jego obecność bolała. Czułem się jak samotny żołnierz otoczony armią wroga. Nie mogłem zatrzymać wydarzeń. Lodowate zło wtargnęło do środka.

Obudził mnie własny krzyk. Przetarłem oczy i spojrzałem w półmroku na drzwi. Były otwarte. A krzesło stało oparte o ścianę. Po raz drugi podparłem nim drzwi i wróciłem do łóżka. Zło, jeśli mu na to pozwolić, może co najwyżej przestawiać meble. Nigdy wolę człowieka.

O świcie odkryłem inne niespodzianki. Na ścianie domu wisiały wysuszone zdechłe ptaki. Stary, szamański zwyczaj. Natomiast wykładzina w pokoju nie była wykładziną. Tylko mchem.

Cokolwiek myśleć o gospodyni, nie okazała się wiedźmą. Wypiłem przygotowaną przez nią herbatę z liści koki, spojrzałem na parujący dach jej kuchni i ruszyłem w drogę. Stawiając pierwszy krok na kamiennych schodach nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to droga krzyżowa.

Szlak do Señora de Qoyllu Rit’i ma osiem kilometrów. Niby nic. Ale to szlak w wysokich górach. Poddałem się na drugim kilometrze. Usiadłem na kamieniu i wsłuchałem się we własne serce. Biło jak dzwon w odmętach oceanu.

Na czwartym kilometrze doszedł młot pneumatyczny. Rozrywał na pół moją głowę. Siedziałem pod krzyżem i ani ręką, ani nogą. Kątem oka zarejestrowałem tylko uśmieszek alpak, które pasły się obok.

Doczołgałbym się z powrotem do wioski, gdyby nie stary Indianin na koniu. Po hiszpańsku mówił gorzej niż ja. Indianin, nie koń oczywiście. W języku keczua zapytał dokąd idę.

– Do sanktuarium – odparłem po hiszpańsku.

– Dziś jest zamknięte – powiedział Indianin. – Otwieramy tylko w czasie świąt i dla grup pielgrzymów.

Poczułem się jakby ktoś przetrącił mi skrzydła.

– Ale ja i tak idę – odparłem.

– To idź, niedługo spotkasz moją żonę – rzucił Indianin i ruszył w stronę Mahuayani.

Skoro koń może, to dlaczego nie ja? Wstałem i poszedłem. Droga jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złagodniała.

Pół godziny później stanąłem twarzą w twarz z żoną Indianina. Z nią było gorzej, bo kobieta kompletnie nie znała hiszpańskiego, a mój słownik keczua nie obejmuje aż tylu słów, ilu użyła w swoim pięciominutowym monologu. Jego ton nie napawał optymistycznie.

Indianka nie była już piękną księżniczką. Poza tym była zamężna. Ale zrobiłem to, co każdy książę powinien zrobić. Uśmiechnąłem się i spojrzałem kobiecie prosto w oczy. Najgłębiej jak się dało. I wtedy stało się coś niespodziewanego. Z zakamarków swych grubych szat kobieta wyciągnęła klucz i pokazała ręką, żebym za nią poszedł. Uszliśmy kilka metrów. Do kamiennego muru. Tam zajarzyłem o co chodzi. To był klucz do sanktuarium Señora de Qoyllu Rit’i. W drodze powrotnej miałem schować go pod wskazanym kamieniem.

Taka okazja zdarza się tylko raz w życiu. Miałem w ręku klucz do andyjskiej świątyni. Serce waliło mi jak opętane, ale już nie z powodu wysokości. Przyłożyłem do niego rękę, żeby nie wyskoczyło, nabrałem powietrza, wydałem z siebie okrzyk radości, którego Indianka nie zrozumiałaby nawet gdyby znała język polski i ruszyłem przed siebie. Niczym kozica.

Klucz pasował idealnie. Otworzyłem nim wrota do pustego kościoła, w którym rozlegał się śpiew ptaków. Uwinęły swe gniazda wśród kwiatów ustawionych na pozłacanym ołtarzu.

Czekał tam na mnie. Señor de Qoyllu Rit’i – ukryty za szybą Chrystus na czarnej skale.

Ale to nie był koniec wędrówki. Ostatnia stacja drogi krzyżowej jest kilkaset metrów za kościołem. Tuż u stóp lodowca, który w tym miejscu zamienia się w wodę. Ponad pięć tysięcy metrów nad poziomem morza. Wszedłem tam nakarmić się ciszą, a potem zbiegłem do Mahuayani.

Do Cuzco zabrałem się okazją ciężarówką wiozącą drewno z Amazonii. Na stromych podjazdach samochód prawie stawał dęba. Jakby chciał wrócić tam, skąd wyjechałem.

Uśmiechałem się na każdej górce. Bo przecież wrócę. Indianie mówią, że kto trzy razy przyjdzie do Pana Gwiaździstego Śniegu, doświadczy w swoim życiu cudu.

Piotr M. Małachowski
O Piotr M. Małachowski 67 artykułów
Przewodnik, podróżnik, bloger, twórca portalu www.kochamyperu.pl, pasjonat wypraw do Peru i innych państw Ameryki Południowej. Wybierasz się w te strony? Skontaktuj się z Piotrem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.