Jeśli w rejonach Tarapoto zdejmujesz buty i stąpasz gołymi stopami po ziemi, żeby ją naprawdę poczuć, powinieneś wsiąść do mototaxi.

Mototaxi, zwana też motokarem, to motor połączony z karetą z niebieskiej, żółtej lub czerwonej plandeki. Ma skórzane siedzenie i podnóżek z tworzywa dokładnie takiego, jak schodki w polskich pociągach. Jadąc mototaxi twoje ciało staje się częścią tej komicznej machiny. Odczuwasz każde drganie silnika, każdą wibrację siedzenia i podłogi, każdą dziurę w terenie i każdy manewr kierowcy.

Takim właśnie środkiem transportu pokonaliśmy 45 minut drogi z Tarapoto nad wodospad Ahuashiyacu. Biorąc pod uwagę fakt, że tylko na części drogi był asfalt, a mototaxi była dwuosobowa (pasażerów było trzech), sama droga dostarczyła nam niezapomnianych przeżyć. Kilka razy, podjeżdżając pod górę, wydawało się, że kierowca zwątpił w siły swojego pojazdu, ale ostatecznie udało nam się dotrzeć do Paraiso Verde.

Zielony raj jak z bajki

Ahuashiyacu. To chyba coś najpiękniejszego, co do tej pory widziałam. Już sam klimat miejsca przenosi do jakiejś bajki. Podwieszane drewniane mosty kołyszące się jak w parku linowym, schody powykładane wielkimi kamieniami, strumyki wypływające wprost ze skały, woda żłobiąca już i tak wystarczająco gładkie kamienie. Do tego zieleń – ciemna, głęboka, mroczna. Tak intensywna, że niewprawiony malarz musiałby się bardzo postarać, żeby oddać jej niepowtarzalny odcień.

Przy wodospadzie Ahuashiyacu

Na samej górze nagroda za pokonanie kilkudziesięciu metrów w górę – wodospad. Cienki, spadający równym strumieniem z wierzchołka wysokiej, górskiej ściany. Wyglądem przypomina utkany z delikatnej tkaniny welon. Długi, ciągnący się po ziemi welon, zaczepiony w ciemnych włosach dumnie stojącej przed ołtarzem panny młodej. Nie można oderwać od niego wzroku. Chcesz dostrzec każdy najmniejszy drobiazg. Każdy szczegół. Zapamiętać tę chwilę na zawsze.

Hostel w środku targowiska

Yurimaguas. Wioska, czy raczej miasteczko rybackie położone nad rzeką Haullaga – jednym z dorzeczy Amazonii. To punkt wylotowy podróżujących oraz tych, którzy chcą dostać się w głąb dżungli. Dotarłyśmy tam z Anią krótko po południu. Nie było już miejsca w busie Gilmer Tour, więc pojechałyśmy samochodem osobowym.

Kierowca pokonywał górskie zakręty z taką szybkością, że były to najgorsze dwie i pół godziny jakie kiedykolwiek spędziłam w samochodzie. Na samo wspomnienie tej drogi do tej pory kręci mi się w głowie. Nawet widoki górskich zbocz porośniętych gęsto roślinnością i strumyków wypływających wprost z litej skały nie mogły zrekompensować tej zabójczo pokręconej trasy.

Yurimaguas w Peru
Uliczka w Yurimaguas

W Yurimaguas zatrzymałyśmy się w hostelu, który mieścił się w samym środku mercado – lokalnego targowiska. Aby do niego wejść, musiałyśmy minąć stertę śmierdzących skórek od bananów, stragany z górami rzeczy wszelkiej maści i pochodzenia oraz panie odganiające muchy od swoich wyrobów. Wolałyśmy nie spędzać czasu wśród tych atrakcji, zatem całe popołudnie szlifowałyśmy chodniki w celu rozejrzenia się po okolicy.

Biało-czerwoni w Amazonii

Obiad zjadłyśmy w chińskiej knajpce, która jako jedyna w miasteczku wydawała się godna zaufania. W dodatku już na wejściu zobaczyłyśmy na szklanym ekranie mecz Polska – Portugalia, co uznałyśmy za dobry znak. Oglądanie biało-czerwonych koszulek naszych piłkarzy w środku Peru wywołało w nas nostalgię za ojczyzną. Na szczęście szybko się otrząsnęłyśmy i po kurczaku w cieście mogłyśmy dalej kontynuować nasze rozeznawanie terenu.

Tak trafiłyśmy do portu. Spacerując wśród błota i chatek ze strzechami, mijając długie drewniane łodzie ze spiczastymi dziobami, nie do końca chciało się nam wierzyć, że naprawdę tu jesteśmy. Nie zdążyłyśmy jeszcze przyzwyczaić się do widoku rdzawo-kawowej rzeki i bujnych drzew porastających cały horyzont. A tu jeszcze port rodem z XIX wieku.

Pulpety z bananów na ulicy

Jakby tego było mało, późnym wieczorem ksiądz Józek zabrał nas na kolację na… ulicę. Dosłownie. Zajęliśmy miejsce przy jednym ze stołów z jasnym obrusem ustawionych na rogu ulicy. Pani o indiańskich rysach podała nam miejscowy przysmak, czyli cecinę con tacacho.

Lokalna kolacja: Cecina z tocacho.

Cecina to plaster wędzonego mięsa smakiem przypominający polską polędwicę na gorąco. Tacacho to pulpety z grillowanych bananów, które jedna z pań zagniatała rękami, rozbijając je najpierw drewnianym tłuczkiem. Do picia cebada, czyli słodkawy napój z jęczmienia.

Po tym wszystkim naprawdę poczułyśmy się jak w peruwiańskiej selwie. Nie wiem tylko, co bardziej mnie przekonało – obrane kokosy ze słomką sprzedawane blisko portu czy pulpety z bananów. Ale ostatecznie i tak dotarło do mnie, że jestem w innym świecie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Imię