Po ekspresowym zaplanowaniu podróży do San Lorenzo (czyli placówki salezjańskiej w dorzeczu Amazonii), zarezerwowaniu biletów, przeczytaniu krótkiego artykułu pod tytułem „Co zabrać ze sobą do dżungli” i pakowaniu się przed wyjazdem o pierwszej w nocy, nadszedł wreszcie ten dzień…

Wyścig z czasem na autobus

Pakujemy plecaki do busa i prosto z Bosconii (placówka misyjna w dzielnicy Nueva Esperanza w pustynnej Piurze) jedziemy na dworzec Transportes Chiclayo. Tam okazuje się, że nie ma już biletów i musimy jechać 45 minut później. To oznacza, że limit czasu na przesiadkę do kolejnego autobusu zmniejsza się do minimum. Szybkie rozeznanie i dostajemy się w ekspresowym tempie na dworzec Movil Tour, czyli przewoźnika, który ma nas zawieść do Tarapoto.

Odbieramy bilety dokładnie przepisowe pół godziny przed odjazdem. Okazuje się jednak, że i tak musimy czekać ponad godzinę, bo autobus jedzie z Limy i jeszcze nie dotarł. Ale nam już jest wszystko jedno. Ważne, że zdążyłyśmy. Pierwszy wyścig z czasem mamy za sobą.

Lawina błotna zamiast drogi

Poranek w autobusie do Tarapoto. Stoimy i czekamy. Nieobudzone komórki w mózgu nie pozwalają odpowiedzieć na pytanie, na co właściwe czekamy. Okazuje się, że spływająca z góry woda przecięła szosę i nie możemy przejechać. Jakby niewielka rzeka znalazła ujście w niewłaściwym miejscu. Przez środek drogi.

Dziewczynka siedząca obok spogląda przez okno i krzyczy:

– Mami, mami, mucha aqua, mucha aqua, no se puede pasar (Mamo, mamo, dużo wody, dużo wody, nie da się przejechać).

lawina
Lawina w kolorze kawy zamiast kofeiny.

Widoki rekompensują czas stracony na czekanie. Obrośnięte zielonym płaszczem góry, piaskowe skarpy porozcinane wzdłuż przez erozję i drzewa w rożnych odcieniach zieleni mające tyle liści, że trudno dostrzec gałęzie. Krople deszczu stukają o dach autobusu, a nad górami unoszą się gęste chmury porannej mgły.

Stoimy i czekamy. Problem w tym, że możemy tak stać i dwa dni, a dwie gringi, przyzwyczajone do posiłków sprzedawanych w autobusach, wzięły ze sobą tylko dwie paczki ciastek i cztery paczki chipsów. A śniadania jak nie było, tak nie ma.

Kawy nie ma. Znów jest błoto

Z góry zjechała ciężarówka. Jest więc nadzieja. Nasz odważny kierowca, znudzony bezczynnością, poszedł w jej ślady. Wyminął stojący obok samochód i ruszył pod górę zanurzając koła w brązowej, płynącej wartkim strumieniem wodzie. Odetchnęliśmy z ulgą. Jedziemy dalej.

Za dwoma zakrętami kolejna przeszkoda – spływające z góry grząskie błoto o kolorze kawy z mlekiem. Po kilku nieokreślonych manewrach i zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu, stoimy dalej. Żółta spycharka próbuje opanować sytuację i oczyścić drogę z lawiny błotnej.

A my, wpatrzeni w deszcz, czekamy. Stoimy i czekamy.

Tylko 10 godzin opóźnienia

Autobus dojechał do Tarapoto z dziesięciogodzinnym opóźnieniem, z czego sześć godzin spędziłyśmy wpatrując się w ciężarówkę wywożącą falujące błoto. Jeździła z góry na dół, a dwa spychacze – duży i w wersji mini – dostarczały jej co chwila nowego materiału.

W tak zwanym międzyczasie zajmowałyśmy się zdobywaniem jedzenia dowożonego przez panią z sąsiedniej wioski. Najpierw udało się kupić inka colę (peruwiański napój gazowany w kolorze żółtej oranżady) i waniliowe markizy, a później krakersy, wodę, trzydniowe bułki i jajka na twardo.

Nie byliśmy jedynym autobusem, który utkwił na górskim zakręcie. Tego dnia pani z jajkami zrobiła niezły interes.

prom
Przeprawa przez Paucaryacu w dorzeczu Amazonki.

Czerwoną toyotą do raju

Poranek w hostelu. Otwieram oczy. Nad moją głową kręci się wiatrak wielkością przypominający skrzydło helikoptera.

Szybko szykujemy się do wyjścia, bo czeka już na nas przewodnik i tymczasowy opiekun, czyli nie kto inny, tylko ksiądz Józek Kamza, polski misjonarz. To on jest sprawcą całego zamieszania z wyprawą do dżungli. Jako jedyny zdołał obalić moje argumenty na temat malarii, jadowitych węży i innych niespodzianek czyhających w amazońskich lasach na przybyszów z Europy.

Po drodze zahaczamy o całkiem europejską kawiarnię. Kolejna doba bez kofeiny byłaby już przesadą.

Na wylotówce z Tarapoto wynajmujemy samochód z kierowcą. Czerwona toyota wiezie nas najpierw po asfalcie. Mijamy jeepy z odkrytymi przyczepami. Są wyładowane po brzegi bananami, kobietami i dziećmi podróżującymi na stojąco. Za miastem już tylko szeroka piaszczysta droga o intensywnym rdzawym odcieniu.

Pokonujemy górskie serpentyny w tumanach kurzu. Jesteśmy w dżungli wysokiej. To tak jakby typową dla Amazonii roślinność przenieść w góry. Naokoło sama zieleń z całą paletą odcieni. Niezliczone gatunki drzew liściastych przemieszane z niskimi palmami zdominowały krajobraz.

Tylko ogromne ściany urwisk nie biją w oczy zielenią. Są łaciate – w kolorze popiołu i zwietrzałego piasku.

Wulkan pod jeziorem i syrena

Razem z samochodem ładujemy się na prom. To nasza pierwsza przeprawa przez jedno z dorzeczy Amazonki – Paucaryacu.

Dojeżdżamy do Laguny Azul. To wioska nad jeziorem Sauce, którego wody – gdy patrzy się na nie z góry – mają srebrzysto-niebieski odcień. W rzeczywistości akwen jest brudno-zielony, jak większość wód słodkich w Peru. Nieważne. Z błękitnymi wodami czy bez, miejsce rzuca uroki, jak niegdyś indiańscy szamani.

Przy brzegu rezerwujemy łódkę. Młody chłopak w spodniach od garnituru i białym t-shircie robi za naszego sternika i przewodnika. Opowiada o podwodnych jaskiniach i wulkanie, który raz w roku wybucha pod Lago Sauce. Mówi o ryzykantach skaczących z pomostu prosto do wody, która ma w tym miejscu 58 metrów głębokości i syrenie, która według legendy siada na „skalnym krześle” wynurzając się na powierzchnię.

sauce
Drewniany pomost nad Jeziorem Sauce.

Wokół widoki, które wcześniej mogłam oglądać tylko z Tarzanem w roli głównej. Wioska z domkami o dachach z brązowo-szarej strzechy. Drzewa o grubych pniach i korzeniach zanurzonych w wodzie. Wiszące liany o żółtawym zabarwieniu. I to uczucie, kiedy płyniesz drewnianą łódką z daszkiem z plandeki, słyszysz warkot silnika, czujesz na sobie krople odpryskującej wody i zastanawiasz się, jak to możliwe, że tutaj jesteś.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Imię