Dolina Sondondo autem: W królestwie kondorów i wikunii

Dziko żyjące wikunie i latające nad głowami kondory są głównym celem wyprawy do andyjskiej Doliny Sondondo. To nieznane turystom miejsce. Pojechał tam Piotr M. Małachowski.

Krótko po północy w Puquio zapadł zmrok. Niewidomy by się zorientował, bo od razu zrobiło się chłodniej. Założyłem kurtkę, naciągnąłem kaptur i poszedłem znaleźć coś na kolację.

W tym andyjskim miasteczku była kiedyś świetna, rodzinna restauracja. Zostało po niej graffitti z wikuniami nad drzwiami i wspomnienie zupy z quinoa. Poszedłem więc w pobliże targowiska poprosić starą Indiankę o gorący rosół z kury. Nalała go z metalowego wiadra.

Caldo de gallina było jeszcze ciepłe. Dodałem do niego trochę ostrej papryczki ají i wycisnąłem sok z połowy limonki. Ten zestaw wzmacnia smak i rozgrzewa żołądek. A potem, u kolejnej sprzedawczyni, napiłem się emoliente – gorącej herbaty z ziół. Unosząca się z niej para mieszała się z moim zimnym oddechem.

Kwadrans później ten sam oddech unosił się znad koca. Zdjąłem tylko buty. To najlepszy sposób. W „opakowaniu“ organizm nie zdąży się wyziębić, a rano będzie prościej z ubieraniem. Zasnąłem jakbym umarł w kostnicy.

W nocy musiał być mróz. Rozrusznik długo rzęził zanim w końcu silnik odpalił. Była czwarta trzydzieści, kiedy wyjechałem na szosę. Asfaltowa droga za Puquio jest kręta, ale szeroka. Do rozjazdu z drogowskazem na Dolinę Sondondo. Od tego miejsca jest już wąsko. Ledwo na szerokość samochodu. I cały czas pod górę.

Jechałem w zupełnych ciemnościach. Tylko wtedy jest szansa, że nikt nie będzie pędził z naprzeciwka. Ale i tak na każdym zakręcie trzeba walić w klakson. Kto wie kogo jeszcze poniesie po przygodę.

Nie poniosło nikogo. Chyba tylko ktoś patrzył z góry jak samotne auto rozświetla sobie drogę na andyjskiej serpentynie. Chciałbym być na jego miejscu.

Przed pierwszą przełęczą zrobiło się jasno. Zatrzymałem się wyprostować kości i zobaczyć budzące się prawdziwe wikunie. Przyglądaliśmy się sobie w totalnej ciszy. Aż w końcu samiec dał znak i całe stado ruszyło powoli przed siebie. Z nikim nie zamieniłbym się na ten widok.

Po prawie dwóch godzinach dotarłem do Andamarki. W miasteczku kupiłem na śniadanie dwie bułki i awokado. Stąd do celu mojej podróży było już tylko pół godziny. Bez asfaltu.

Ten cel to strome zbocze góry, w której gniazda uwiły sobie kondory. Jest ich tu ponad pół setki – najwięcej w całym Peru. Ale kiedy wychyliłem się nad krawędź przepaści nie było żadnego.

– Na pewno przylecą – pomyślałem nastawiając kawę. I zanim zdążyłem w to uwierzyć, ciszę przerwał nadlatujący „szybowiec”.

Przeleciał z dwa metry nad moją głową. Jakby chciał zaznaczyć kto jest władcą tych przestworzy. Był czarny. Z białym łbem i zakrzywionym lekko dziobem. Dobry znak. Nie miałem wątpliwości, że za chwilę przyleci reszta.

Spektakl kondorów oglądałem siedząc na kamieniu. Najpierw krążyły w dolinie, ale szybko wzbiły sie wyżej i szybowały dostojnie na linii wzroku. Nie przegapiłem niczego. Tylko moment, w którym napięcie odeszło i pojawiło się wzruszenie.

O ósmej było już po wszystkim. Kondory uniosły się wysoko i zniknęły w promieniach porannego słońca. Dopiłem kawę i cały w skowronkach ruszyłem z powrotem.

Piotr M. Małachowski
O Piotr M. Małachowski 73 artykuły
Przewodnik, podróżnik, bloger, twórca portalu www.kochamyperu.pl, pasjonat wypraw do Peru i innych państw Ameryki Południowej. Wybierasz się w te strony? Skontaktuj się z Piotrem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.