Minął już miesiąc od zakończenia wyprawy „W 100 dni przez Amerykę Południową”, ale piszę o niej dopiero teraz. W końcu jakaś relacja? Chyba nie. Codziennie chodzę do fizjoterapeuty, który próbuje przywrócić do ładu moje prawe ramię. Między elektrowstrząsami dociera do mnie, że tej podróży nie da się tak po prostu opowiedzieć.

Ośmiu śmiałków na pokładzie

Łokieć i bark pokiereszowałem w wypadku rowerowym pod La Paz. Dwa tygodnie po rozpoczęciu wyprawy. Powinna się ona wtedy zakończyć, ale okazało się, że nie ma złamań. Pojechaliśmy dalej. Tysiące kilometrów na południowy kraniec Ameryki.

Samochód prowadziłem jedną ręką. Biegi zmieniał siedzący obok kompan. Było nas wtedy sześcioro. Ela, Klaudia, Ola, Krysia i Rafał. Każdy na różnym odcinku. Jakbyśmy podróżowali miejskim autobusem, do którego można wsiąść i wysiąść w dowolnym momencie.

Ola wysiadła w Ushuaia. W Buenos Aires dołączyła Margot i Tomek. Do Rio de Janeiro, gdzie odłączył się wraz z Krysią i Klaudią. Ich obecność w tej wyprawie to wielki, niezapomniany rozdział. Ale tylko jedna osoba może dopisać całą resztę.

Na marzenia nigdy za poźno

Ela rzuciła pracę, żeby nie stracić ani chwili z tej podróży.

– Zrobiliśmy to – powiedziała po stu dniach, kiedy przez Boliwię, Chile, Argentynę, Urugwaj, Paragwaj, Brazylię, Kolumbię, Ekwador i Peru dotarliśmy do Limy.

Patrzyłem na nią nie mogąc uwierzyć w to, czego dokonała. Stała przede mną zmęczona, ale rozpromieniona 64-letnia kobieta, która spełniła swoje marzenie. Na to nigdy nie jest za późno.

Polacy i Ameryka Południowa

Na mecie w Limie był z nami Rafał. Zabrakło mu tylko dziesięciu dni do pełnej setki.

– To była podróż mojego życia, bo choć chodzę i podróżuję po tym świecie 54 lata, dopiero dzięki Tobie poczułem prawdziwą przygodę – napisał niedawno w liście.

Dokładnie to samo mogę powiedzieć o nich. O każdym uczestniku tej wyprawy.

Prądem w stronę normalności

Powrót do codziennego życia? W toku.

Ela wciąż nie może dojść do siebie.

– Nie wiem jak długo to potrwa – napisała. Dopiero teraz znalazła stałą pracę.

Rafał wrócił do niej od razu, ale ciągle jakby tkwi w tej podróży:

– Śni mi się ta wyprawa po nocach. Od zalanych dróg, po las palmowy, Medellin i araukarie. To wszystko jest nie do wyjaśnienia. Opowiadałem tylko moim dzieciom, jak w slumsach w Rio uciekłeś naszym autkiem gangowi motocyklowemu. Z nami na pokładzie. Pokazałem też trochę zdjęć, ale nie umiem jeszcze opowiedzieć do nich historii, które nam się przydarzyły.

Też tego nie potrafię. Uśmiecham się tylko między elektrowstrząsami. Ramienia może nie wyleczą. Ale pewnie pomogą szybciej wrócić do normalności.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Imię