Grek w Andach jeździ w bagażniku. O wyprawie do Moray

Leżące nieco na uboczu Świętej Doliny Inków Moray to dawne laboratorium rolnicze. Z Cuzco można się tam wybrać ze zorganizowaną wycieczką. Ale są też inne sposoby. O jednym z nich opowiada Piotr M. Małachowski.

Piotr M. Małachowski

Spośród wszystkich kraterów w Peru, te wydają się najmniej ciekawe. Nie dymią, nie zioną i nie paraliżują komunikacji lotniczej. A gdy się na nie patrzy, to nawet… nic nie widać. Bo wystrzeliły nie w górę. Tylko w głąb ziemi.

Znajdują się na uboczu Świętej Doliny Inków. Nie dociera tam komunikacja publiczna, więc bez innego transportu z oglądania nici. Z Cuzco do Moray, bo tak nazywa się to miejsce, dowiozą wszyscy. Wystarczy w dawnej stolicy Inków wyjść na główny plac i dać się namówić jednemu ze sprzedawców wycieczek.

Ale do kraterów w ziemi można dostać się też samemu. Na przykład z Urubamby. Przez to miasteczko przejeżdża się w drodze do lub z Machu Picchu. Czyli prościzna. Dalej jest już jednak pod górkę. Prawdziwą górkę.

W Urubambie trzeba złapać autobus, mikrobus, ciężarówkę lub cokolwiek, do czego ładują się miejscowi. To coś ma jechać do Cuzco, ale nie przez Calcę, tylko przez Chinchero. Da się zapamiętać: Calca – krótkie słowo, łatwa trasa. Chinchero – dłuższe słowo, trudna trasa. Ale niezbyt długa. Nie minie kwadrans i pojazd dotrze serpentynami na szczyt zbocza, z którego przy dobrej pogodzie rozpościera się widok ma leżącą w dole Urubambę i górujące nad nią ośnieżone wierzchołki.

My patrzymy już jednak przed siebie i wypatrujemy skrzyżowania do Moray. Bez paniki. Jeśli uprzedzimy wcześniej kierowcę, będzie wiedział gdzie nas wyrzucić.

Skrzyżowanie to szumnie powiedziane. Ot, zjazd z asfaltówki w prawo. Powinny stać przy nim miejscowe taksówki. Ich kierowcy to bardzo sympatyczni ludzie, ale gdyby podczas rozmowy z nimi do głowy przyszło, że próbują nas oskubać, będzie to prorocza myśl.

Co zatem robić? Udawać Greka. Grek w Andach spaceruje od jednej krawędzi szosy do drugiej, gwiżdże pod nosem, rzuca kamyczkami, ziewa i rozgląda się ślamazarnie wokół. Słowem – sprawia wrażenie, że podróż taksówką do Moray w ogóle go nie interesuje, choć w miejscu, w którym aktualnie przebywa, nic innego oprócz taksówki do Moray nie ma.

Chodzi o zdobycie niewielkiej przewagi psychologicznej nad taksówkarzem. I poczekanie, aż zbierze się więcej ludzi. To głównie mieszkańcy Maras – wioski po drodze do Moray. Do akcji wkraczamy dopiero wtedy, gdy cena będzie ustalona. Od niechcenia rzucając, że ewentualnie moglibyśmy też jechać, ale w takim tłoku koniecznie za mniejsze pieniądze. W ten sposób koszty przejazdu obniżamy do minimum i uzyskujemy całkiem wygodne miejsce. W bagażniku.

Niecałą godzinę później powinniśmy być w Moray. Największy z kraterów ma 150 metrów głębokości i można do niego zejść. Jego zbocza pokryte są tarasami rolniczymi z czasów Inków. Co im strzeliło, żeby sadzić w tej dziurze ziemniaki, quinuę i kukurydzę? Ciekawość. Chcieli dowiedzieć się, jaki wpływ na uprawy ma różnie padające światło słoneczne i zmienna temperatura.

To wszystko? Tyle zachodu, żeby zobaczyć laboratorium rolnicze Inków? Niezupełnie. Moray to tylko pretekst. Do przygody. I andyjskich widoków. Tutaj można się nimi nacieszyć do woli.

Piotr M. Małachowski
O Piotr M. Małachowski 67 artykułów
Przewodnik, podróżnik, bloger, twórca portalu www.kochamyperu.pl, pasjonat wypraw do Peru i innych państw Ameryki Południowej. Wybierasz się w te strony? Skontaktuj się z Piotrem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.