Gorące Puerto Bermudez. Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

W Peru nadal można dotrzeć do ludzi nieskażonych cywilizacją, dla których obcokrajowiec to atrakcja, a nie skarbonka do wyciągania pieniędzy. Gdzie tak jest? W Puerto Bermudez, dokąd zaprasza Marcin Mentel.

Marcin Mentel

Tym, którzy widzieli już najsłynniejsze peruwiańskie atrakcje i szukają szlaków z dala od tłumu turystów, polecam alternatywną drogę do Pucallpy – przez Puerto Bermudez. Próżno tam szukać gringos, nie ma nawet podróżników lokalnych. Jest za to dziewicza przyroda i przygoda czająca się za każdym zakrętem.

Pucallpa to coraz częstszy wybór turystów, którzy szukają przede wszystkim spokoju i egzotyki oraz alternatywy dla medycyny akademickiej, czyli wszystkich interesujących się ziołolecznictwem i chcących wziąć udział w ceremonii ayahuaski. Aby dotrzeć do tego prężnie rozwijającego się miasta wystarczy wsiąść w Limie autobus, który jedzie około osiemnaście godzin lub wykupić przelot samolotem. Tych, którzy mają trochę czasu i chcą zobaczyć tak zwane „Peru prawdziwe”, przekonuję jednak do innej trasy – przez dolinę Chanchamayo. Pozwoli to poznać prowincje zupełnie nieturystyczne i mieszkańców nieskażonych wpływem cywilizacji, a więc takich, dla których obcokrajowiec jest również atrakcją turystyczną, a nie skarbonką do wyciągania pieniędzy.

W tym celu musicie zabrać się autobusem z Limy do La Merced w dolinie Chanchamayo. Kursów w tym kierunku jest bardzo dużo – można je znaleźć na przykład w dzielnicy San Isidro i La Victoria. Wszystkie autobusy odchodzą albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem. Jako że trasa wiedzie wzdłuż słynnej kolei transandyjskiej wybudowanej przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego i widoki są imponujące, proponuję kurs poranny, który trwa około dziesięciu godzin oraz pozwala na podziwianie krajobrazu i zrobienie dobrych zdjęć.

Po dojeździe do La Merced najlepiej jest wziąć pokój w hostelu na dwie noce i zacząć zwiedzać okolice. Atrakcji w tej „kawowej stolicy Peru” jest mnóstwo. Od wizyty u Indian Ashaninka, przez plantacje kawy i kakao, po kąpiel w najpiękniejszych wodospadach dżungli centralnej. Nudzić się więc nie sposób.

Aby ruszyć w dalszą drogę do Puerto Bermudez, musimy udać się naprzeciwko terminala autobusowego do tak zwanych „colectivos”, czyli prywatnych samochodów osobowych jeżdżących w tamtym kierunku. Ze względu na stan drogi są to najczęściej samochody terenowe typu pick-up na podwyższonym zawieszeniu, gdyż często trzeba przeprawiać się przez rzeki, a w porze deszczowej także prowizorycznymi promami.

Z La Merced do Puerto Bermudez jest siedem i pół godziny, drogą szutrową, przez góry i dżunglę, z pięknymi widokami zielonych wzgórz porośniętych lasem deszczowym. Cena przejazdu to pięćdziesiąt peruwiańskich soli wewnątrz samochodu i trzydzieści soli z tyłu – na pace. Proponuję wybrać wersję droższą, tym bardziej, że w każdym momencie można przesiąść się na górę lub wyjść na zewnątrz, aby zrobić zdjęcia.

Podróż z pewnością dostarczy satysfakcji. Zapachy dżungli są intensywne, tubylcy przyjaźni, tłumaczący rzeczy, na które patrzymy i chętni do fotografii. Widoki zapierające dech w piersiach, zwłaszcza w momencie, gdy kończą się góry i na dole rozpościera się wielka, zielona po horyzont równina. Mnie jazda taka zawsze przypomina młode lata, wakacje, pierwsze wyjazdy z domu, przygodę, czyli prawdziwą podróż z dużym poczuciem wolności.

Po drodze kierowca dobiera ludzi, którzy wsiadają z towarami ze swojego pola, upolowanymi dzikimi zwierzętami, kozami, czy kaczkami. Dzięki temu możemy poznać ich zajęcia, a także porozmawiać o codziennych sprawach i zapytać o nocleg na trasie. Mogą przyjąć nas do swojego domu, albo polecą bezpieczny hostal i – co najważniejsze – będą nas strzec podczas całej podróży, bo to przecież oni najlepiej znają zagrożenia, z których większości nie będziecie nawet świadomi.

Puerto Bermudez leży w prowincji Oxapampa nad rzeką Pichis i jest małą mieściną z portem rzecznym mającą do zaoferowania dwa ogrody botaniczne, możliwość odwiedzenia społeczności indiańskiej La Libertad i reklamującą się jako „Centro Geocentrico del Peru”, czyli – mówiąc prosto i po polsku – sam środek Peru. Jeżeli zechcecie zostać na noc, to znajdziecie ze dwa skromne hostele. Wieczorami jest bezpiecznie. Miejscowa kuchnia opiera się na rybach z rzeki, ryżu i manioku.

Godzinę jazdy dalej jest dość dziwne miasto o nazwie Constitucion. Dziwne, gdyż miejscowość jest dość spora, prawa miejskie uzyskała dopiero kilka lat temu i ciężko ją znaleźć na jakichkolwiek mapach.

W Constitucion kończy się podróż samochodu z La Merced. Tam trzeba się przesiąść do nowego „collectivo”, które dowiezie nas do Pucallpy, co zajmie około trzy godziny.

Opisywaną trasę przejechałem dwa razy i mogę ją polecić każdemu, kto szuka przygód i egzotyki. Można na niej zaobserwować wpływ człowieka na przyrodę, czyli jak dżunglę zastępują plantacje kawy oraz jak radzą sobie tubylcy w świecie bez ingerencji państwa, a także jak działa prawdziwie wolny rynek i wymiana barterowa.

Jeżeli ktoś zechce wybrać się w te strony, zapraszam do kontaktu, bo choć wyjazd nie jest łatwy, to na pewno wart zachodu.

Marcin Mentel

Marcin Mentel

Pilot wycieczek, przewodnik, podróżnik, bloger, znawca Peru i sąsiednich krajów, pomysłodawca agencji trampingowej www.peruexpedicion.com. Wybierasz się do Peru, Boliwii lub Ekwadoru? Skontaktuj się z Marcinem.

Więcej artykułów - Strona internetowa

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.