Yungay jak Pompeje: Pierwszy taniec w mieście umarłych

Yungay to umarłe miasto w Kordylierze Białej, u stóp najwyższej góry Peru. Przestało istnieć w kilka chwil – w wyniku najbardziej tragicznego trzęsienia ziemi ostatnich czasów. Na ten niezwykły cmentarz pojechał Piotr M. Małachowski.

Piotr M. Małachowski

To nie jest zwykły cmentarz. Praktycznie nie ma na nim mogił. To Yungay – umarłe miasto w północnym Peru.

Umarło 31 maja 1970 roku o godzinie 15.25. Nie było mnie wtedy na świecie, ale starsi kibice pewnie pamiętają tę datę. W tym dniu w Meksyku rozpoczynały się piłkarskie Mistrzostwa Świata. Yungay umarło przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Nagle, z siłą 7,8 stopni w skali Richtera, w Peru zatrzęsła się ziemia. Na miasto z prędkością dwustu kilometrów na godzinę spadła gigantyczna lawina kamieni i śniegu z Nevado Huascarán – najwyższej góry w kraju.

Był to jeden z najsmutniejszych dni w historii Peruwiańczyków. W ciągu kilkudziesięciu sekund zginęło 80 tysięcy z nich. W Yungay – 25 tysięcy, prawie wszyscy mieszkańcy. Ocalało tylko trzysta dzieci, które przebywały w cyrku na wzniesieniu oraz 92 dorosłych, którzy poszli akurat na… miejscowy cmentarz.

Lawina przykryła całe miasto. Na powierzchni ziemi zostały tylko wierzchołki palm rosnących koło katedry na Plaza de Armas. Do dziś nikt nie odkopał większości ciał. Nie było takiej potrzeby. Ziemia pochowała mieszkańców niemal tak jak stali, jedli, rozmawiali, gotowali, bawili się, spacerowali, spali, a może nastawiali radioodbiorniki, by posłuchać transmisji meczu z Meksyku. Po tragedii Yungay stało się Campo Santo – świętym polem. Można po nim chodzić jak po łące, pod którą kiedyś stały domy i biegły ulice. Pod którą toczyło się życie.

Chodziłem po tym polu nie szukając wiatru. Przyjechałem do Yungay w konkretnym celu – sfotografować kikuty tych palm. Zrobić po prostu kilka zdjęć, których nie zrobiłbym nigdzie indziej. Bo cóż jest do zobaczenia na cmentarzu, na którym nie leży żadna bliska osoba? Jej wiedziałbym, co powiedzieć. Ale co powiedzieć tym wszystkim obcym ludziom, którzy umarli wraz ze swoim miastem?

No właśnie, co powiedzieć? Co powiedziałbym im, gdyby mogli mnie usłyszeć? Może kilka słów o tym, że ciężko się teraz żyje? Może o tym, że tak dużo rzeczy mi nie wyszło. A może po prostu ponarzekałbym na swojego szefa? Im dłużej chodziłem po soczystej trawie, tym bardziej nabierałem pewności, że gdyby ci wszyscy ludzie pode mną mogli mnie usłyszeć, nie powiedziałbym im nic. Nie miałbym im nic do powiedzenia.

Gdy o tym myślałem, podeszła do mnie może osiemnastoletnia dziewczyna w ludowym stroju regionu Ancash. Za nią stało kilku chłopaków w podobnych ubraniach i ekipa telewizyjna.

– Zatańcz ze mną – uśmiechnęła się czarująco. – Przed kamerą. Kręcimy film o Yungay.

– Tutaj? – nie mogłem uwierzyć w jej propozycję. – Chcesz zatańczyć tutaj? Przecież… ci wszyscy ludzie nie żyją.

– Nooo… tak, ale my żyjemy – odparła Peruwianka.

Zatańczyłem. Po raz pierwszy w życiu zatańczyłem huayno – popularny taniec ludowy w Peru. I po raz pierwszy zatańczyłem na cmentarzu. Anita, tak miała na imię dziewczyna, powiedziała, że to nic złego. Uwierzyłem. Godzinę później byłem w oddalonym o dwa kilometry nowym Yungay – mieście, które zbudowano od podstaw po tym, gdy stare przestało istnieć.

Na nowym Plaza de Armas rosną dorodne palmy. Gdy je zobaczyłem, uśmiechnąłem się do siebie. Anita miała rację. Choćby wszystko wokół, nad i pod nami umarło, to my żyjemy.

Piotr M. Małachowski
O Piotr M. Małachowski 72 artykuły
Przewodnik, podróżnik, bloger, twórca portalu www.kochamyperu.pl, pasjonat wypraw do Peru i innych państw Ameryki Południowej. Wybierasz się w te strony? Skontaktuj się z Piotrem.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.