Kolorowa fiesta w Andach to spotkanie z żywą tradycją Indian

Dwie tony liści koki i pięćdziesiąt tysięcy litrów kukurydzianej chichy spożywają andyjscy Indianie podczas fiesty w Huamachuco. Dołączyła do nich Małgorzata Olejnik, dla której była to okazja, by poznać tradycyjne Peru. 

Małgorzata Olejnik

Kilkuset lat temu w Huamachuco zaczęto stawiać drewniany pal, który miał symbolizować płodność Pachamamy. Ten związany z Matką Ziemią obrzęd kultywowany jest do tej pory. Nazywa się Parada del Gallardete. Z tą różnicą, że z biegiem czasu pal zaopatrzono we flagę peruwiańską, a cała ceremonia toczy się ku czci Virgen de la Alta Gracia, czyli Matki Boskiej Wielkiej Łaski.

Kiedy dotarłam do tego położonego ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza andyjskiego miasta na północy Peru, również wycięto mierzący czterdzieści pięć metrów i ważący dziesięć ton eukaliptus. Po czym przetransportowano go na główny plac, pomalowano i siłami setek ludzkich rąk ustawiono pionowo wraz z flagą poświęconą wcześniej przez kapłana.

Zaskakujące było to wszystko. Udział w ceremonii z udziałem tysięcy mieszkańców regionu La Libertad, miasta Huamachuco i okolicznych wiosek stał się dla mnie okazją do przyjrzenia się żywym tradycjom i lokalnym strojom. Szczególnie zachwycały wielkie, białe kapelusze dumnie noszone przez drobnych Indian oraz barwne suknie kobiet. Przez cały dzień i całą noc na rynku spontanicznie wybuchały pląsy tańczone do rytmicznej muzyki granej przez zespoły lub pojedynczych muzyków zwanych „chiroco“. To grajek, która jedną ręką gra na flecie, a druga wali w bęben. Do tego sztuczne, ogłuszające ognie. Jednym słowem – działo się.

Na tę okazję władze miasta rozdysponowały pięćdziesiąt tysięcy litrów chichy, lekkiego napoju alkoholowego na bazie sfermentowanej kukurydzy oraz dwie tony liści koki. Obie używki obecne są w tradycji andyjskiej od tysięcy lat. I obie stosuje się w ten sposób, że najpierw oferuje się je Pachamamie, a następnie spożywa samemu. Prawie każdy mężczyzna trzyma gulę liści w ustach powoli ją żując. Aby uzyskać prawidłowy efekt, należy dodać odrobinę wapna lub dwutlenku wapna, który trzyma się w malutkich naczynkach i za pomocą metalowego szpikulca dozuje do ust.

Wszystko to nie przeszkadza w konsumpcji ogromnych ilości piwa, jako że stan lekkiego upojenia przy fiestach w Peru jest konieczny. Problem jedynie w tym, że wznoszenie pala przy pomocy drewnianych podpór na kształt nożyc oraz lin ciągniętych przez setki ludzi wymaga umysłu trzeźwego, a takiego raczej nie można było znaleźć wśród uczestników zabawy. Przeżywałam więc chwile grozy patrząc na osuwające się podpory. Skończyło się jednak szczęśliwie. Czerwono-biała bandera peruwiańska zawisła w końcu na tle otaczających miasto górskich szczytów.

Przyszło mi też obserwować robotników kopiących otwór pod ceremonialny pal. Zaczęli od modlitwy. Później posiedzieli chwilę. Następnie poczęstunek z liści koki. Kilka zakopali, dla Matki Ziemi, resztę włożyli do buzi. Znów posiedzieli. Potem chicha. Łyk na ziemię, znów dla Pachamamy, pozostałość – do ust. Jeszcze raz posiedzieli chwilę. Po czym ruszyli. Kilofy aż furczały, a ogromna dziura w ziemi powstała w niedługim czasie.

Udział w tej ceremonii traktuję jako zaszczyt. Nie traktowano mnie jak turystkę. Oferowano mi chichę, liście koki i taniec. Byłam dla nich atrakcją.

Naukowcy powiedzieliby pewnie, że taka fiesta to przykład synkretyzmu religijnego. Tymczasem ja czułam się uczestnikiem wyjątkowego dla miejscowych święta. Pilnie śledzącym to, co działo się dookoła. Komuś pochodzącemu z kultury europejskiej trudno jest zrozumieć odmienny od naszego sposób tutejszego myślenia, reguły zachowań i pielęgnowane do dziś zwyczaje. Pozostało zatem przyglądać się. I chłonąć.

Małgorzata Olejnik
O Małgorzata Olejnik 6 artykułów
Eksportuje peruwiańską żywność do Polski dzieląc czas na bycie przewodnikiem i zarażając pasją ludzi odwiedzających Peru.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.