Inkowie oddawali hołd górom w Tarawasi koło Cuzco

Niedaleko Cuzco znajduje się miejsce, z którego Inkowie oddawali cześć apus, czyli ośnieżonym szczytom gór. Nazywa się Tarawasi, choć można też powiedzieć, że to kwiaty z kamienia. Pisze o nim Roman Warszewski.

Roman Warszewski

Tarawasi to rzadko odwiedzane miejsce. Co najwyżej jego imponujące mury przez sekundę lub pięć migają za szybą autobusu, którym albo z Cuzco wyjeżdżamy, albo do Cuzco docieramy. Widząc je solennie sobie obiecujemy, że koniecznie musimy do nich wrócić. A potem… najnormalniej w świecie o tym zapominamy. A szkoda, bo w sumie nie jest daleko. Od Cuzco miejsce te dzieli zaledwie siedemdziesiąt sześć kilometrów. Dojazd jest łatwy – szosą wychodzącą z miasta na wschód, w kierunku na Abancay.

Jadąc z Cuzco ruiny Tarawasi znajdują się po lewej stronie szosy w miejscu, w którym droga droga zaczyna ostro opadać ku rzece Apurimac. Z lekko pochylonej pampy rozciąga się stąd wspaniały widok na ośnieżone szczyty Kordyliery Vilcabamby, z których najwyższy – i najbardziej piramidalny – to wznoszący się na wysokość 6271 metrów nad poziomem morza Salkantay.

To definiuje czym niegdyś było Tarawasi, które w czasach Inków nosiło nazwę Limatambo (dziś tak nazywa się niewielka miejscowość rzut kamieniem na wschód od ruin): dobrze ufortyfikowanym „tambo” strzegącym starej, inkaskiej drogi pnącej się na Abra Huillique, czyli ostatnią przełęcz przed Cuzco. Było też czymś w rodzaju świątyni – platformy ofiarnej, z której (i na której) oddawano cześć widocznym stąd „apus” – ośnieżonym górskim szczytom.

Hiszpańskie kroniki kilkakrotnie wspominają o ceremonii „mocha” – o pokłonach bitych o wschodzie i zachodzie słońca, a także o składaniu ofiar z roślin (liści koki, ziemniaków) oraz z kwiatów. Pozostałością po tej tradycji są najpewniej dyskretnie zakomponowane ze specjalnie ułożonych kamieni wyobrażenia kwiatów (margaretek?) do dziś możliwe do zobaczenia w niższej ścianie oporowej tutejszej platformy.

Owe „kamienne” kwiaty to prawdziwy ewenement – jedyny taki przypadek znany w całym Tawantinsuyu, czyli w inkaskim Państwie Czterech Dzielnic. Dowodzą wyjątkowości tego miejsca i widocznych stąd gór. A także wyjątkowości dokonujących się tu kiedyś ofiarnych ceremonii.

Co do dziś pozostało z „tambo” oraz ze świątyni? Przede wszystkim nieźle zrekonstruowana rozległa platforma z jasnego kamienia z kilkunastoma bliźniaczo podobnymi do siebie trapezoidalnymi niszami. Są też resztki kolonialnej hacjendy (przejętej przez Hiszpanów od Paullu Inki – kolaborującego z konkwistadorami syna Huayny Capaca) oraz – najważniejsza – przepiękna panorama. Najważniejsza, bo tylko ona jest taka, jak kiedyś, za czasów Inków.

Roman Warszewski
O Roman Warszewski 27 artykułów
Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wybierasz się do Peru lub innych latynoskich krajów? Skontaktuj się z Romanem.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.