Stare i nowe duchy w Piquillacta – mieście sprzed czasów Inków

Zbudowana przez wojowniczą kulturę Wari Piquillacta to najbardziej okazały zabytek w Dolinie Cuzco, który powstał przed pojawieniem się w niej Inków. O tym bardzo atrakcyjnym, ale rzadko odwiedzanym miejscu pisze Roman Warszewski. 

Roman Warszewski

Piquillacta jest dużym osiedlem kultury Wari – największym preinkaskim zabytkiem na terenie Doliny Cuzco. I znakomitym dowodem na to, że Inkowie w tym miejscu wcale nie byli pierwsi. Osiedlając się w dolinie, gdzie później miało powstać Cuzco, wstępowali w jeszcze ciepłe buty swych poprzedników.

Tymi poprzednikami był właśnie lud Wari – interesująca i wojownicza kultura wywodząca się z Ayacucho i blisko spokrewniona z kulturą Tiahuanaco znad Jeziora Titicaca. Biorąc pod uwagę, że Inkowie „de facto” przejęli cały dorobek Waris, włącznie z ich drogami oraz pismem węzełkowym „kipu”, można zaryzykować tezę (co zresztą czynię w swej książce „Cuzco 1536-1537”), że kultura Wari stanowiła pierwszą, bardziej zamierzchłą fazę rozwoju kultury Inków. Tę, o której w swych kronikach wspomina hiszpański mnich Francisco Montesinos. Że tak właśnie mogłoby być, sugeruje istnienie dwóch całkiem różnych mitów założycielskich kultury Inków – ten o Manco Capacu i Mamie Ocllo oraz ten o Pacaritambo i wywodzących się stamtąd braciach Ayar. Pierwszy z nich w rzeczywistości mógł odnosić się do początków kultury Wari; drugi – do początków właściwej kultury Inków.

Wróćmy jednak do Piquillacta. To ogromne i robiące wielkie wrażenie ruiny. Nie kamienne, lecz w całości wzniesione z adobe – glinianej cegły suszonej na słońcu. Ale z jakim rozmachem były one sklejane, lepione! Na obszarze czterdziestu czterech hektarów mamy tu cały labirynt ulic, murów, budynków mieszkalnych i magazynów, z których niektóre pięły się na wysokość trzech pięter.

Poprzez swój ogrom, odosobnienie i to, że prawie nikt tego miejsca nie odwiedza, Piquillacta sprawia wrażenie miasta duchów. W przeszłości jego upiorny, brunatno-brązowy koloryt był całkiem inny. Niegdyś gliniane mury w całości pokryte były białym stiukiem w wielu miejscach malowanym na żywe, kontrastowe barwy. Przez to – w ostrym andyjskim słońcu – miasto musiało robić piorunujące wrażenie. Na pewno uczyło respektu. Hipnotyzowało i zaskakiwało. Tym bardziej, że do jego wnętrza docierało się wąską uliczką wciśniętą między dwa gigantyczne mury, zza których się wyłaniało.

Na pewno warto tu przyjechać. Warto wsłuchać się, jak pośród tych gigantycznych murów hula andyjski wiatr. Warto niespiesznie pospacerować między nimi i poczuć się jak liliput. I pomyśleć: jak wielki jest świat i jak ciągle mało o nim wiemy.

Roman Warszewski

Roman Warszewski

Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Organizuje wyprawy po Ameryce Południowej. Wybierasz się do Peru lub innych latynoskich krajów? Skontaktuj się z Romanem.

Więcej artykułów - Strona internetowa

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.